Licznik odwiedzin
| Today | 395 |
| Total | 313640 |
|
Śmierć i ojczyzna głos w dyskusji nad tekstem Marka A. Cichockiego U Ksenofonta w Memorabiliach Sokrates przekonuje swojego syna Lamproklesa, że niewdzięczność stanowi formę niesprawiedliwości. Pokolenie, do którego należę wychowywali ludzie sprawiedliwie zasługujący na wdzięczność - żołnierze Szarych Szeregów, AK, Powstańcy Warszawscy. Czy trzeba przypominać sprawiedliwość, która spotykała ich przez całe życie? Choć z różnym nasileniem prześladowania, szykany i pogarda towarzyszyła im przez całą dobę PRL-u. Niestety również w wolnej Polsce wygrała logika lekceważenia i obojętności. Nie będę mnożył przykładów. Każdy zna ich dziesiątki. Zmarły niedawno 104 letni generał Stefan Tarnawski, weteran wojny polsko-bolszewickiej, który w powstaniu Warszawskim dowodził tysiącami ludzi mieszkał w 30 metrowym mieszkaniu, na trzecim piętrze bez windy. Czy trzeba przypominać, że generałowie, na których emerytury nikt dzisiaj nie skąpi (i których wysławia się jako ludzi honoru) nigdy nie należeli do kolegów generała Tarnawskiego. Jeśli zgodzić się z Sokratesem, że wdzięczność, to rozum i sprawiedliwość - to trzeba przyznać, że cechuje nas ostentacyjna bezrozumność i krzycząca niesprawiedliwość. Czy są to przypadkowe zaniedbania? Kwestia skromnych środków doby transformacji? Czy swojego udziału nie ma również doktryna głosząca, że w epoce wolnego rynku i demokracji pamięć o dawnych bohaterach nie jest już potrzebna? Cóż, idee miewają konsekwencje. Narodowe męczeństwo zajmuje dziś wysokie miejsce na liście tematów, o których nie wypada mówić bez ironii. Rzecz jest godna uwagi ponieważ wydaje się, że nie idzie już o szlachetną wstrzemięźliwość w szafowaniu wielkimi słowami, lecz o gruntowną zmianę postaw, która nie została dotąd wyraźnie odnotowana. Tymczasem niechęć wobec martyrologii nie jest już własnością wąskiego grona lecz postawą szerokich kół. Choć jej zwolennicy ciągle chętnie wykorzystują rewolucyjny idiom, to rewolucja jest dawno za nami. Jej koryfeuszy darmo szukać poza głównym nurtem, a łatwo odnaleźć w redakcjach pism ilustrowanych, na łamach wysokonakładowej prasy i wszędzie tam gdzie przepustkę stanowi umiejętność schlebiania gustom większości. Jak kilka lat temu przekonał się pewien stołeczny polityk zamierzający stworzyć muzeum martyrologii doszliśmy do stanu, w którym próba oddania hołdu bohaterom powoduje reakcje, które w dziewiętnastowiecznych mieszczanach wywoływali burzyciele duchowego ładu. Dobry przykład stanowić mogą reakcje na wystawę “Bohaterowie naszej wolności”, która dwa lata temu odbyła się na Zamku Królewskim w Warszawie. Sprawę relacjonowały i komentowały wszystkie bez mała stacje telewizyjne i radiowe, gazety od Polskiej po Wyborczą, tygodniki od Nie do Powszechnego. “Wydawało się, że nikt temu projektowi nie może niczego zarzucić - pisał na łamach Nowego Państwa Bronisław Wildstein - a jednak twórcy wystawy osiągnęli coś, o czym śnią tabuny dzisiejszych skandalistów (...) udało im się wywołać skandal. Prasa polska zawrzała”. Co się stało? Otóż z okazji 11 listopada w jednej z sal Zamku zawisło kilkanaście fotografii opatrzonych lapidarnymi biogramami i krótkimi wypowiedziami sfotografowanych osób, wśród których znaleźli się sybiracy, byli więźniowie przymusowi, uczestnicy wojny polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej, żołnierze NSZ, AK, aż po “Żołnierzy wyklętych”. Wystawę poprzedziła plakatowa kampania informacyjna gdzie wprost pytano o sens wyboru dokonanego w pewnym momencie życia przez bohaterów wystawy (“Poświęcić życie za ojczyznę?”). Oto cały skandal. Zresztą zwolennicy postawy antybohaterskiej mają znacznie większe powody do zadowolenia. Za argument rozstrzygający o ich sukcesie uznać można faktyczny brak społecznej reakcji po niesławnej wizycie Aleksandra Kwaśniewskiego na cmentarzu w Charkowie. Ostentacyjne lekceważenie narodowych relikwii nie zaciążyło na popularności prezydenta. Czy oglądamy scenę intronizacji pijaka z gombrowiczowskiego Ślubu? Czy hamletyczno-ironicznego intelektualistę zastąpił już nihilizm palica? Pewne jest co innego. Kto po Charkowie zechce nadal utrzymywać, iż postawy antybohaterskie wymagają wsparcia, że zasada “świętości nie szargać” odgrywa w Polsce zbyt dużą rolę, kto będzie ubolewał nad tym, że nasz stosunek wobec narodowej historii i jej bohaterów jest nadmiernie nabożny, ten może być słusznie podejrzewany albo o złą wolę, albo o umysłową ociężałość. Panowie rewolucjoniści! Walka skończona! Warto przyjrzeć się krajobrazowi po bitwie. Dlaczego wyznawcy oczywistego do niedawna przekonania, iż bohaterom należy się wdzięczność i szacunek - bez satysfakcji - odnaleźć się muszą w roli wytupywanych prowokatorów? Podobno chodzi o to, twierdzą niektórzy, iż chcąc wyprostować krzywy kij trzeba go najpierw wygiąć w przeciwną stronę. Przyznać muszę, że w tym wypadku dyskusja o kształcie kija przed ostatnią operacją nie wydaje się szczególnie obiecująca. Nawet bowiem gdybyśmy uznali, że można zrozumieć motywy antybohaterskej rewolucji, to przecież brak umiaru jednych pokoleń nie rozgrzesza egzaltacji następnych. Wolałbym - niepewny czy rzeczywiście jest jeszcze co prostować - rozważyć czy złamanie kija nie jest równoznaczne ze złamaniem kręgosłupa wspólnoty politycznej. Czy jest to naiwna próba dyskusji z tupiącą salą? Zobaczymy. Milczenie liberała W swoim znakomitym tekście Marek Cichocki za jedno z trzech źródeł nowoczesnego, solidarystycznego patriotyzmu uznaje właśnie postawę szacunku wobec “tych ludzi, którzy będąc kiedyś w wieku dzisiejszych, beztroskich beneficjentów naszych przemian musieli porzucić swoje osobiste plany i marzenia, i poświęcili swoje życie dla wolności ojczyzny”. W rozumieniu Cichockiego solidarność pokoleń pozwala uniknąć stanu aksjologicznej nieważkości. Żeby odkryć wartość i zrozumieć swoją odpowiedzialność za wolność, którą się cieszymy trzeba umieć odkryć w niej dar, za którym kryje się ofiara. Dlaczego to źródło jest dziś suche? W 1997 roku uczestniczyłem w seminarium na które zaproszono jednego z najbardziej znanych polskich liberałów. Niechęć wobec martyrologii narodowej wydaje mi się odwrotną stroną milczenia, które zapadło po zagajającym dyskusję pytaniu, z którym zwrócono się do honorowego gościa tego spotkania. Pytanie, które, nota bene, zadał Marek Cichocki brzmiało: “Za co liberał gotowy jest oddać życie?” Intelektualna bezradność wobec kwestii, której niepodobna zignorować, ani w ramach filozofii ani praktyki politycznej odsłania najpoważniejsze ograniczenia społecznej koncepcji harmonizujących się egoizmów. Wprawdzie czytając tekst Marka Cichockiego odnoszę wrażenie, że autor zbyt surowo ocenia patriotyczne upośledzenie współczesnych liberałów, to przecież rozumiem, że nie idzie mu o polemiczną etykietę. Marek Cichocki doskonale zdaje sobie sprawę, że doświadczenie komunitariańskie, świadomość utopijności libertariańskiego projektu, słabość rynku jako struktury budowy tożsamości, sprawia że liberałowie chętnie przytakują potrzebie patriotyzmu. Problemem jest raczej jego charakter niż istnienie. Być może zresztą bezpieczniej byłoby powiedzieć, że rzecz dotyczy nie tyle liberalizmu, ile problemów różnej maści indywidualizmów (egoizmów?) z kategorią dobra wspólnego - zwłaszcza w tym wymiarze, który na członków wspólnoty nakłada konieczność ofiary. Trudno wątpić, że problem śmierci dla dobra wspólnoty stanowi nieprzekraczalną barierę dla dyskursu indywidualistycznego. O ile myślenie w kategoriach narodowej solidarności nie jest kategorycznie wykluczone, to radykalna forma ofiary nie może znaleźć tu żadnego oparcia. Łatwo zgodzić się z złożeniem, że postawa poświęcenia jest potrzebna również w demokracji i również w czasach pokoju. To istotny składnik praworządności - o ile nie ma płynąć ze strachu przed karą (co jak wiadomo nie bywa zbyt skuteczne). W tej sprawie nie ma wielkich kontrowersji. Od czasów Epikura wiadomo, że za koniecznością poświęcenia dobrze przemawia zasada roztropnego, dalekowzrocznego hedonizmu. Opowieść o pannach mądrych i głupich daje się opowiedzieć również w tej konwencji. Jednak, o ile perspektywę spodziewanych korzyści można przesuwać w czasie, to przecież nie można jej usunąć. Założony model racjonalności oparty na kalkulacji odpowiednio zdefiniowanych zysków i strat zdolny jest skłonić nawet do daleko idących poświęceń jednak tylko w imię zysków własnych i doczesnych nigdy zaś cudzych czy pośmiertnych. Dlatego szczera odpowiedź na pytanie postawione podczas seminarium brzmi: “Za nic”, a odpowiedź na pytanie “Co z tym począć?”, powinna chyba brzmieć - “Udawać, że problem nie istnieje”. Cóż, problem istnieje. Już choćby dlatego, że żaden kraj nie składa się wyłącznie z biznesmenów. Nawet w czasach pokoju życie ryzykują strażacy, policjanci, ratownicy, członkowie oddziałów antyterrorystycznych - nierzadko prokuratorzy, sędziowie, lekarze. Wielu z nich robi to nie tylko dla pieniędzy. Powiada się “Lubią ryzyko”, “To ich wybór”, “Za to im płacą” z języka ofiary przenosząc sprawę w bezpieczny obszar subiektywnych preferencji. To się nie zawsze udaje. Każdy kto czyta gazety wie z jaką siła problem ten powraca przy każdej okazji, w której demokratycznie wybrani politycy próbują uzasadnić konieczność użycia wojska - zwłaszcza gdy wiąże się to z realnym ryzykiem śmierci żołnierzy. Wbrew pozorom 11 września wcale nie dokonał tu przełomu. Proszę przyjrzeć się reakcjom europejskiej prasy na kwestię wysłania wojsk do Afganistanu. Chciałbym być dobrze zrozumiany, nie szydzę z kultury politycznej, która nakłada na polityków obowiązek najwyższej rozwagi wobec decyzji, które mogą kosztować życie obywateli (również wówczas gdy są to zawodowi żołnierze). Nie dziwię się też, że ludzie boją się śmierci. Zaprząta mnie zasadnicza niezdolność do skonstruowania w ramach obowiązującego języka jakiejkolwiek argumentacji uzasadniającej konieczność śmierci za cokolwiek, a zwłaszcza za dobro innych członków wspólnoty. Można odnieść wrażenie, że jeśli obywatel liberalnego społeczeństwa przyjmuje dziś ryzyko śmierci za ojczyznę, to mieści się ona nie w logice zobowiązań obywatelskich lecz zdarzeń losowych. (Nie mówię o zapisach prawnych lecz o łatwo wyczuwalnym esprit.) Śmierć za ojczyznę wydaje się być pojmowana jako mało prawdopodobne ryzyko w grze o zdecydowanej przewadze wygranych. Gotowość do poświęcenia życia nie jest najwyższą miarą zobowiązań wobec innych obywateli - przypomina raczej stosunek do możliwości śmiertelnego wypadku, które przyjmuje każdy kto korzysta z zalet motoryzacji. Polityczność zredukowana musi powodować erozję kategorii dobra wspólnego. Ofiara życia jest kategorią niedorzeczną we wspólnocie pojętej na podobieństwo spółki akcyjnej nie zaś arystotelesowskiej koinonia politike - wspólnocie nie tylko interesów ale również historii, wartości i miłości. Kategorię zobowiązania i gotowości do śmierci (nawet jeśli czysto deklaratywnej), zastępuje kategoria ryzyka przyjmowanego z zamian za prawo do partycypacji w zyskach. Czy na politowanie nie zasługuje człowiek, który chciałby oddać życie za bankrutującą spółkę? A co powiedzieć o tym, który utrzymuje, że słodko i zaszczytnie jest umierać w wypadku samochodowym (z okrzykiem “za motoryzację!”)? Pytanie o to, co posiada dla nas cenę życia prowadzi do samego rdzenia filozofii politycznej - poprzez kwestię poświęcenia do nie cieszącej się dziś specjalną estymą problematyki celu - a więc do jądra pytań związanych z naturą wspólnoty politycznej. Jeśli nie popełniliśmy jakiegoś podstawowego błędu obecna niechęć wobec martyrologii wydaje się łatwa do zrozumienia. Zarówno dla intelektualisty jak i dla prostego konsumenta liberalnych uciech męczennik narodowej sprawy jawić się musi jako osoba powodowana odruchem irracjonalnym - mówiąc brutalnie - jako głupiec. Ponieważ jednak kościec tradycji ciągle jest jeszcze zbyt silny by wobec wczorajszych bohaterów otwarcie zastosować tak surowe kryteria oceny mówi się raczej o anachroniczności pewnego modelu patriotyzmu, który od rynkowych wyżej ceni sobie cnoty bojowe. Inna rzecz, że rozumowaniu temu na pierwszy rzut oka bardzo trudno cokolwiek zarzucić. Wojna się dawno skończyła. Nie wydaje się by groziła nam nowa. Naszym problemem jest ściąganie podatków i respekt wobec prawa, a nie obrona niepodległości. Czy nie powinniśmy zostawić w spokoju dawnych bohaterów i zacząć szukać nowych, zdolnych nauczyć nas szanować umowy, solidnie pracować i spłacać kredyty? Być może patriotyzm militarny powinien wreszcie pójść w zapomnienie. Jeśli dawne wzorce osobowe przebrzmiały, to czy zamiast mącić w głowach młodzieży nie lepiej podsunąć jej przed oczy bohaterów na miarę zadań XXI wieku, na miarę nowoczesnej Europy? Rzecz brzmi rozsądnie a jednak nie mogę powstrzymać się przed pytaniem: czy można bez szkody wymazać punkt odniesienia, który tworzą dawni bohaterowie? Wyostrzając kwestię do paradoksu: Czy można liczyć, że będziemy społeczeństwem gotowym płacić podatki jeśli wzgardzimy bohaterami, którzy gotowi byli do śmierci za ojczyznę? Kwestia skali Z niepojętych dziś przyczyn kult bohaterów należał do samego rdzenia każdej żywej kultury. Z niezwykłym pietyzmem przechowywano zarówno pamięć tych, którzy zginęli w boju jak i tych, którzy jak Sokrates złożyli ofiarę na ołtarzu wartości fundamentalnych dla trwałości najważniejszych instytucji wspólnoty politycznej. Poezja, która w czasach klasycznych, jak pisał Jean-Pierre Vernant stanowiła “nabożeństwo społecznej pamięci” przechowywała wzorce zachowań szczególnie cennych - postaw, które w mniemaniu konserwatorów społecznego ładu sprzyjały zachowaniu zdrowia i trwałości wspólnoty. Na ich czele znajdowała się zwykle gotowość do śmierci za ojczyznę. Czy brak zagrożenia wojną może usprawiedliwić zmierzch tego modelu patriotyzmu? Przez pokolenia czytelników Platońskiego Państwa zaprzątało pytanie o racje i możliwość filozoficznej formacji władców. Pytano dlaczego wybierani spośród strażników władcy muszą być filozofami? Przełom, którego jesteśmy świadkami widać doskonale po fakcie, że dziś zaskakuje nas co innego - dlaczego, pytamy, władcy powinni być również żołnierzami? Z jakich przyczyn w programie edukacji doskonałego męża stanu ćwiczeniom filozoficznym nieodłącznie towarzyszyć miały ćwiczenia wojskowe? Jest to tym bardziej interesujące, że platoński sposób myślenia o właściwych funkcjach obywateli w idealnym państwie nie dopuszcza możliwości łączenia dwu zawodów (jeden człowiek, jeden telos, jeden zawód) ergo żołnierka należeć musi do samej natury umiejętności sprawowania władzy. Wolno jak sądzę przyjąć, iż pytanie to nie pojawiało się głównie dlatego, że założenie, iż elita państwowa jest zarazem, jak mówił Platon, “elitą strażników” czy “elitą spośród wojska” (412c) nie wydawała się zaskakująca. Co więcej była to praktykowana przez wieki oczywista zasada pełnoprawnego obywatelstwa. Przywilej wpływu na sprawy państwowe łączył się z obowiązkiem noszenia broni. Jeśli w wizji Platona kobiety cieszyć się mogą pełnią praw, to właśnie dlatego, że ciążą na nich (proporcjonalne zresztą do ich możliwości fizycznych) obowiązki wojskowe. Aż do powstania koncepcji armii zawodowej prawo do wpływu na losy wspólnoty przynajmniej symbolicznie łączono z ciężarem służby, z którą związane jest ryzyko śmierci. W tym sensie tradycja republikańska doskonale wyraża się w idei pospolitego ruszenia. Demokracja szlachecka stanowi kontynuację tej tradycji. Prawo do udziału we wspólnocie politycznej wymaga przyjęcia na siebie obowiązku noszenia szabli. Ile szabli tyle głosów. Stąd właśnie karabin, który znajduje się w domu każdego obywatela demokratycznej Szwajcarii. Pełne prawa obywatelskie posiada ten tylko, kto gotów jest do pełnej odpowiedzialności. Jej najwyższą formą staje się zgoda na uznanie, iż istnienie wspólnoty, do której należymy jest wartością wyższą od naszego życia. Warunkiem udziału we władzy jest więc gotowość do zapłacenia pełnej ceny za jej skutki. Trudno wątpić, że przyjęcie tak zdefiniowanej odpowiedzialności stwarza sytuację, w której państwo staje się z natury instytucją gorącą - żeby przywołać tu znane rozróżnienie Ralfa Dahrendofa. Cena jaką można zapłacić staje się gwarancją, że sprawy państwa nie mogą być nikomu obojętne. Logika pierwszeństwa dobra cudzego przed dobrem własnym staje się regułą racjonalności obowiązującego we wspólnocie dyskursu i zasadą porządkującą system wspólnych wartości. Dotyczy to również czasów pokoju. Wiszące na ścianach szable, rodzinne panoplia, cześć wobec bohaterów nie oznaczają kultu Aresa. Szabla stanowi symbol miary, do której można odnosić codzienną solidarność. W porządku logicznym pamięć o bohaterach stanowi rodzaj ostatecznego uzasadnienia powszednich ofiar (z ofiarą podatkową włącznie). W ten sposób solidarne zobowiązanie wobec żywych wyrasta ze zobowiązań wobec umarłych. Poprzez pamięć patriotyzm pojęty jako odpowiedzialność za innych członków wspólnoty zyskuje swój punkt maksimum. Patriotyzm jako solidarność Zgadzam się z Markiem Cichockim, że patriotyzm jest postawą integralną i dlatego, podobnie jak on, krytykę patriotyzmu militarystycznego w imię minimalnego uważam za chybioną. Nie chodzi oczywiście o to, że nie są nam potrzebne tak ważne cechy jak punktualność, solidność czy uczciwość wobec urzędów państwowych. Potrzebujemy ich jak powietrza! Nie kwestionuję również dość banalnego skądinąd faktu, że pożądane obecnie formy patriotyzmu różnią się od cnót przydatnych w okresie wojny. Bohater naszych czasów ma, również dla mnie, rysy siostry Małgorzaty Chmielewskiej czy Janiny Ochojska, nie zaś najlepszego strzelca warszawskiego garnizonu czy któregoś z ministrów obrony narodowej. To jasne. Jednak czy z tego wynika konieczność zapomnienia o bohaterach wojen? Otóż non sequitur. Teza, iż postawa szacunku wobec ludzi, którzy poświęcili życie za ojczyznę oddala nas od codziennych zadań wydaje mi się wydumany i sztuczny. Przeciwnie. Jeśli coś stanowi szansę na stworzenie i utrwalenie cnót na miarę naszych obecnych potrzeb, to właśnie ciągłość pokoleniowej solidarności, szacunek i zrozumienie dla dzieła tych, którzy poświęcili znacznie więcej niż pokusę oszukania fiskusa. Być może kwestia leży w rozumieniu pojęcia patriotyzmu. Czy nie jest to forma solidarności - postawy, która, mówiąc za ks. Józefem Tischnerem, tłumaczy się w świetle Pawłowego imperatywu gotowości noszenia ciężarów innego? A jeśli tak, to, czy nie będzie to zawsze jakaś - zależna od okoliczności - forma poświęcenia za innych (a więc jakaś forma miłości). Jeśli zaś uznać za trafne stwierdzenie, że nie ma większej miłości niż ta, która wyraża się gotowością oddania swojego życia za braci - to czy logika kierująca życiem dawnych i nowych bohaterów naszej wolności nie jest ta sama. Szacunek wobec męczenników narodowej sprawy nie ma w sobie nic z nekrofilii - jak łaskaw był to określić niedawno pewien filozof z Uniwersytetu Warszawskiego. Jego rdzeniem jest podziw wobec ludzi zdolnych przekroczyć horyzont egoizmu. Jeszcze słowo o kwestii rzekomego militaryzmu i miłości do wojenki w ogóle. Po wystawie “Bohaterowie naszej wolności” na łamach tygodników Nie i Powszechnego odezwały się głosy, że podjęto wysiłek wskrzeszenia potwora militaryzmu (widmo militaryzmu krąży nad Polską - ostrzegano). Ta śmiała wykładnia służącego za motto pytania “Poświęcić życie za ojczyznę” zaskoczyła nawet twórców wystawy, którzy - co wiem na pewno - mieli nadzieję, że ruch myśli skieruje się w stronę nieco mniej dosłownej interpretacji. Bohaterowie wystawy nie byli miłośnikami wojen, tylko tak się złożyło, że w czasach ich młodości dla dobra wspólnego trzeba było poświęcić wszystkie prywatne plany, marzenia, aspiracje, a nawet życie. Ich biografie nie uczą jak kochać wojnę, ale jak uczciwie żyć nawet w najbardziej dramatycznych okolicznościach. Ich patriotyzm nie był ani militarystyczny ani minimalistyczny był patriotyzmem. Nieprawdą jest również, że Polaków kochających wojenkę taka ofiara niewiele kosztuje. Bezmyślne powtarzanie opinii, że Polakom łatwiej jest pięknie umierać niż uczciwie żyć jest rodzajem arogancji ludzi bezpiecznych i zadowolonych. Przywróćmy proporcje. Łatwiej jest płacić podatki niż umierać. Nawet Polakom. Ze wszystkiego jednak najdziwniejsza wydaje mi się założona w jej konstrukcji pedagogika. Czy błogosławieństwo pokoju sprawia, że nie możemy się niczego już nauczyć od bohaterów ostatnich wojen? Cóż, może rzeczywiście lepiej byłoby gdyby nasza przeszłość wyglądała pogodniej, gdyby w naszej historii nie było wojen, PRL nie zniszczył tkanki obywatelskich nawyków, a my ssalibyśmy cnoty rynkowe z mlekiem matki. Niestety. Czy znaczy to, że jedyna nadzieja kryje się w lekturze maksym Franklina? Czy powinniśmy szukać żyjących jeszcze (godnych kredytu) przedsiębiorców z Generalnej Guberni? Za podziałem na dwa patriotyzmy kryje się założenie urągające zarówno inteligencji jak i faktom. To nieprawda, że tylko biznesmen może nauczyć patriotyzmu biznesmena, a żołnierza tylko inny żołnierz. Chwała Bogu niepotrzebna jest oddzielna etyka do każdej czynności życiowej. To droga etycznej kazuistyki, która daje chleb etatowym moralistom, ale nic nadto. Podobnie z patriotyzmem. Czuły na rzeczywistość odpowiada na jej potrzeby manifestując się na różne sposoby. Przenoszą go ci, którzy dali niewątpliwe świadectwo swojej solidarności. Jak wierzyli starożytni przekonań budujących postawę moralną nie można przekazać bez pośrednictwa ludzi. Zawsze poznajemy je jako uosobione, i tylko w tej formie mogą uzyskać naszą aprobatę. Dlatego choć znam wiele osób, które nie biorą łapówek ponieważ ich wychowawcami byli anachroniczni “militaryści”, to nie znam ani jednej, która czyni tak dlatego, że przeczytała, autobiografię Franklina albo podręcznik etyki biznesu sporządzony przez uniwersyteckiego specjalistę od moralności. Ten frazes ma sens - exempla trachunt. Transformacja solidarna Nigdy bodaj Zachód nie miał się tak wybornie jak dzisiaj. Jego cywilizacja i instytucje wydają się krzepkie i pełne wigoru. Ogólny dobrobyt po raz pierwszy w historii osiągnął tak wysoki poziom. (To co przez luksus rozumiał radca dworu z Weimaru dziś nawet robotnikowi z byłej NRD wyda się ascezą). Wbrew konserwatywnym diagnozom zachód nie tylko nie wydaje się przytłoczony niszczycielskim ciężarem egoizmu ale, jak twierdzą niektórzy, to właśnie nieskłonny do ofiar indywidualizm stanowi główną przyczynę jego witalności. Czy rzeczywiście powinniśmy więc nastawać na ideę solidarności zamiast przyjmować, że zbawienną drogą ku dobrobytowi stanowi wolny od kolektywnych zobowiązań egoizm? Skoro kołem zamachowym nowoczesnej gospodarki jest konsumpcja, a nie współczucie, to czy potrzebujemy bohaterów, którzy przywracają kolektywistyczne skrupuły? Krytycy liberalnej recepty w takich wypadkach powiadają zwykle, że widowiska przepuszczania rodzinnej fortuny nie wolno mylić z prosperitą. W ich mniemaniu fortunę stanowi konserwatywne podłoże nieliberalnej kultury, które zachodni ekonomizm zużywa, ale którego nie jest zdolny reprodukować. Ta otulina konserwatywnych nawyków i cnót sprawia, że wspólnota trwa jeszcze - choć proces podcinania gałęzi na której siedzi nie może ciągnąć się w nieskończoność. Gdy idzie o nas, to niestety nie mamy czego trwonić. Konserwatywny kościec dawno nie istnieje. Jego tandetna kopia ma się tak do zachodniego jak oligarchowie SLD do Izby Lordów, a państwo Kwaśniewscy do rodziny królewskiej. Dlatego każda - nawet płynąca z dobrych pobudek - forma przyśpieszanie erozji resztek istniejących autorytetów jest oczywistym szkodnictwem. Nie tylko niesprawiedliwością! Szkodnictwem! Wierzę, że świadek (martys) narodowej sprawy stanowi ontologiczny korzeń partykularnej wspólnoty politycznej. Bez pamięci o własnych męczennikach wspólnota skazana jest na utratę wymiaru uniwersalnego. To ważny wątek, który sprawia, że partykularna solidarność narodowa ma szansę nie wyrodzić się w jakąś formę nacjonalizmu. Jednak obok motywu ontologicznego, który łatwiej przychodzi dziś zignorować niż zrozumieć mamy jeszcze motywację pragmatyczną. Kult bohaterów to jeden z podstawowych warunków afirmacji kategorii poświęcenia, której deficyt szczególnie boleśnie przeżywa społeczeństwo doby transformacji. Wbrew ostrzeżeniom budując III Rzeczpospolitą ograniczyliśmy się do rekonstrukcji zimnych elementów państwa, takich jak rynek i procedury demokratyczne. Jak pisał Dariusz Gawin zachowaliśmy się jak ludzie, którzy sądzą, że gwarancją udanego małżeństwa jest dobre prawo cywilne. Tymczasem zarówno w małżeństwie jak we wspólnocie trzeba czegoś więcej. “Wzajemną miłość - pisze w Polityce nieskłonny do egzaltacji Arystoteles - uważamy mianowicie za największe z dóbr w państwach”. Jak lapidarnie ujął to podczas ostatniej pielgrzymki Jan Paweł II “Nie ma wolności bez solidarności a solidarności bez miłości”. Parafrazując sławne zdanie Platona powiedzieć można, że pewna doza solidarności potrzebna jest nawet w bandzie zbójców, że bez gotowości do wzajemnego poświęcenia nawet banda zbójców nie jest zdolna do istnienia. Kto zechce spojrzeć ile czasu, pieniędzy i wysiłku wielkie międzynarodowe korporacje poświęcają na krzewienie korporacyjnego patriotyzmu, ten oceni jak ważną rolę ten rodzaj postawy odgrywa w rzeczywistości rynku stroniącego rzekomo od niewspółczesnych sentymentów. W istocie problem nie polega na wyborze między indywidualizmem a kolektywizmem. Sensowne pytanie dotyczy właściwych proporcji między jednym a drugim. Trudno zaprzeczyć, że dziś cierpimy głównie na deficyt odruchu solidarnościowego, którego symbol stanowi jedna z najbardziej cynicznych formuł liberalnej teodycei dokonującej się modernizacji, a mianowicie formuła “kosztów transformacji”. Nie łudźmy się jednak - wbrew uspokajającej liberalne sumienia formule - utrwalających się obszarów nędzy, nie zlikwiduje ogólny wzrost dochodów państwa. Najsprawniejsza nawet redystybucja dóbr nie jest zdolna skleić rozbitej wspólnoty, dać szansę wykluczonym z obszaru edukacji czy dobrobytu. Jak - z niezwykłą przenikliwością pisała Chantal Millon-Delsol solidarność abstrakcyjna, solidarność zamieniona w rozkład proporcjonalny nie jest w stanie zastąpić solidarności zakorzenionej. Dlatego z horyzontu nie może zniknąć myśl, że podmiot transformacji stanowi cała wspólnota. Wskaźniki makroekonomiczne pokazują kondycję skarbu, a nie wspólnoty dlatego nie mogą wystarczyć tym, którzy za klęskę uznaliby zaszczepienie w Polsce modelu rodem z Ameryki łacińskiej. Dlatego Polsce potrzebna jest transformacja solidarnościowa. Jeśli nie chcemy świata, w którym dobijanie rannych uważa się za zwykłą technikę zwiększania gospodarczej efektywności (“koszty transformacji”) musimy powrócić do solidarności o wymiarze większym niż minimalny. Patriotyzm pojęty jako gotowość do noszenia ciężarów drugiego ma taką skalę jaką zdolni jesteśmy zapamiętać i zapisać w zbiorowej pamięci aksjologicznej. Szacunek wobec bohaterów to również kwestia miary jaką przyłożymy do naszych aspiracji, zadań i obowiązków. Widziane gołym okiem obszary nędzy i bezrobocia każą wątpić, że czasy w których żyjemy pozwalają na to, by za najwyższą miarę patriotyzmu można już było uznać punktualność. |




