Partner fundacji:

Przyłącz się:





Licznik odwiedzin
Dziś721
Ogółem591307
Klementynka wraca na plakaty Drukuj Email
Włodzimierz Nowak

Codziennie kilka, a może kilkaset tysięcy osób budzi się w Polsce z potrzebą zrobienia czegoś dobrego, ale nie mają okazji. Reportaż Włodzimierza Nowaka o Agencji Świętych Mikołajów

Czy krasnoludki są na świecie? A Święty Mikołaj z workiem prezentów i reniferami? Czy jest Agencja Świętych Mikołajów?

Jest. Bez adresu, biura, sekretarki, nie mają nawet faksu ani telefonu. Dlatego długo nie mogłem się z nimi skontaktować.

Na ślad Mikołajów trafiłem przypadkiem w zeszłym roku na Litwie. Polska Akcja Humanitarna zbierała pieniądze na dożywianie biednych dzieci w polskich szkołach na Wileńszczyźnie. Litwinów oburzył wtedy plakat z chłopcem recytującym "Litwo, Ojczyzno moja". Pojechałem dowiedzieć się, o co chodzi Litwinom, odszukać chłopca z plakatu i ustalić, kto to wszystko zrobił. Agencja Świętych Mikołajów - usłyszałem w biurze Janiny Ochojskiej.

To ci sami, którzy dwa lata wcześniej, na Boże Narodzenie, rozwiesili w całej Warszawie billboardy "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą..." z małą smutną dziewczynką, która przypominała, że warszawskie hospicjum opiekuje się umierającymi dziećmi. Na konto hospicjum wpłynęło wówczas 900 tys. złotych. Wtedy hospicjum pracowało w starym baraku przy Szpitalu Wolskim. Dzisiaj ma nowy kolorowy dom przy Agatowej.

Chio, chio, chio, chips

Święty Mikołaj Joanna Paciorek mieszka w podwarszawskim Piasecznie. Jest na urlopie macierzyńskim, bo przed trzema miesiącami urodziła bliźniaki: Stefcia i Franciszka. Magister ekonomii, od kilku lat w branży reklamowej. Cztery lata temu pracowała w agencji Data Studio, nieistniejącej już firmie reklamowej. Jeden duży klient - fundusz inwestycyjny Korona - i paru małych. Codzienna robota, spotkania u klienta, prezentacje, projekty, foldery, raporty, kosztorysy, scenariusze. - Kiedy zaczynałam pracować, miałam, tak jak pan, nie najlepsze zdanie o ludziach reklamy. Środowisko nieprzyjazne, duża kasa, gadają tylko o spotach, billboardach i marketingu. Ostre tempo i twarde reguły. Jak klient dzwoni: "proszę pani, dlaczego tak drogo?", to słyszy: "proszę pana, nie jesteśmy instytucją charytatywną". I któregoś dnia, kiedy przyszłam do pracy, Darek Karłowicz, wtedy współwłaściciel Data Studio, powiedział: "Joasiu, może byśmy zrobili coś dobrego?".

Dariusz Karłowicz postanowił zostać Świętym Mikołajem, bo zakochał się w Ewie, młodej pani architekt. Teraz ma 37 lat i dwumiesięcznego synka Stasia. Patrzy na Warszawę z siódmego piętra wieżowca Silver Screen. Od półtora roku jest dyrektorem marketingu w towarzystwie ubezpieczeniowym Allianz. O sobie mówi niechętnie, więcej o Agencji Mikołajów, ale broni jej anonimowości. Filozof, członek Warszawskiego Klubu Krytyki Politycznej. Po studiach na ATK trafił do PAN-u. Interesował się retoryką klasyczną, pisał doktorat. Pieniądze były liche, więc dorabiał w trzech firmach reklamowych jako copywriter - pisał scenariusze i hasła reklamowe. (W takt "Alleluja" Haendla obraca się wielkanocna pisanka z logo Business Foundation Book.) W Polskiej Agencji Inwestycji Zagranicznych opracował strategię promocji Polski. Na początku lat 90., kiedy reklama zastąpiła propagandę, wiele firm wchodziło na rynek z ogromnymi budżetami na promocję. Czas szybkich karier. Dariusz Karłowicz awansuje na wiceprezesa i dyrektora kreatywnego jednej z największych agencji reklamowych (już nie istnieje). Robił kilkadziesiąt kampanii ogólnopolskich: Jaguara, Nissana, Daewoo, Tefalu. Jeszcze dzisiaj w sklepach wiszą plakaty z tamtych kampanii. - Wprowadzałem lizaki i chipsy. "Chio, chio, chio, chips" - nuci Karłowicz. - Na początku praca w reklamie była przyjemniejsza, bo człowiek miał wrażenie, że uczestniczy w tworzeniu czegoś wartościowego. Umówiłem się z właścicielem agencji, że jeśli w krótkim czasie wyciągnę firmę do pierwszej dziesiątki agencji reklamowych w Polsce, to da mi urlop na skończenie doktoratu. Po roku byliśmy na siódmym miejscu, więc miałem czas na filozofię. Potem ze znajomym założyliśmy własną agencję.

- I się pan zakochał?

- W mojej obecnej żonie. To silny bodziec - uśmiecha się Karłowicz. - Sokrates mówi, że jak się piękne ciało spotyka, to się logos wzbudza. Zawsze, jak czytaliśmy ze studentami "Ucztę" Platona i dochodziliśmy do tego miejsca, to wszyscy chichotali. Platon pisał, że jak człowiek się zakochuje, to chce być lepszy, chciałby czynić dobro.

Tego dnia, kiedy w pracy powiedział do koleżanki: "Joasiu, może byśmy zrobili coś dobrego", znalazł w księgowości ulotkę hospicjum dla dzieci. Jedna z księgowych była ich wolontariuszką.

Jedna kampania - tysiąc obecności

Zadzwonili do Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci. Zaproponowali wielką kampanię reklamową. Spot, billboardy, prasa, radio, telewizja. Wszystko za darmo, ale profesjonalnie, jak w kampaniach komercyjnych. Był początek października 1998. Każdy etap kampanii, projekty, scenariusz, uzgadniali z hospicjum.

Na pierwsze spotkanie przynieśli już wstępną strategię. Joanna zapamiętała szary barak hospicjum: - Szliśmy ponurym korytarzem: Darek, fotograf Wojtek Wieteska, ja i Radek Janowicz z Optimedia Poland. Ciasno, pod ścianami dzieci z rodzicami. Wiadomo było, że one umierają. Tłumaczyliśmy, kim jesteśmy, o co chodzi, jak sobie wyobrażamy kampanię, wypytywaliśmy o hospicjum. Chyba używaliśmy za dużo dziwnych słów reklamy i marketingu, bo miałam wrażenie, że ludzie z hospicjum są trochę przerażeni. Pamiętam zdziwienie doktora Tomasza Dangla, założyciela hospicjum. Pokazał szafę z segregatorami pełnymi wycinków prasowych. "Reklamy mamy już tyle, mówił, że nie wiadomo, co tu jeszcze można zrobić".

Przekonywaliśmy, że artykuły nie wystarczą. Że jedna kampania to ponad tysiąc różnych obecności w mediach i na ulicy. Dlatego na przykład Janka Ochojska stara się być wszędzie, chociaż niektórzy jej dokuczali: "Włączam żelazko, a tu Janina". Bo Ochojska wie, że fundacja, której nie ma w mediach, nie istnieje. Jest nieznana i niewiarygodna. Bez tego PAH nie mogłaby dzisiaj działać na taką skalę.

Przebrany subiekt zagania do kas

Prawdziwy św. Mikołaj, biskup miasta Miry w Azji Mniejszej, już jako niemowlę dzięki wrodzonej pobożności w środy i piątki ssał z matczynej piersi tylko raz dziennie. Tak opisuje go Jakub de Voragine w "Złotej legendzie". Mikołaj zasłynął jako pobożny obywatel, gdy uratował od hańby trzy młode panny z sąsiedztwa. Ich ojciec popadł w biedę i wysłał córki na ulicę, by ciałem zarabiały na życie. Wtedy Mikołaj podrzucił nocą biednej rodzinie tyle złota, że starczyło na wydanie trzech panien za mąż. Dlatego Karłowicz irytuje się, że świętego od dobroczynności pokazuje się dzisiaj w reklamach na przykład jako podnieconego staruszka, który goni roznegliżowane panienki. Karłowicz broni św. Mikołaja przed profanacją. "Św. Mikołaj stał się zakładnikiem kultury masowej i marketingu - pisał w "Tygodniku Powszechnym w artykule "Święty Mikołaj i jego wrogowie". - Pojawia się, gdy tylko zgasną zaduszkowe lampki, i to wcale nie po to, żeby dyskretnie obdarowywać dzieci i potrzebujących. Przebrany subiekt, który przez cały adwent zagania do kas, to nasza redakcja opowieści o miłosiernym młodzieńcu i chrześcijańskim świętym".

- A to przecież całkiem ważny święty - mówi filozof. - Czas Świętego Mikołaja, a więc grudzień, okolice świąt Bożego Narodzenia, to jedno wielkie kwestowanie. Prawdziwe święto dobroczynności. A po co się kwestuje? Czy tylko żeby zebrać kasę? Gdyby tak było, to największym filantropem byłby fiskus, bo co roku zbiera najwięcej pieniędzy. Kwestowanie to szkoła pewnego zachowania społecznego. Uczymy się od św. Mikołaja dobroczynności jako normy społecznej. Prawdziwa dobroczynność powinna pomagać również dobroczyńcom. Jeśli nie daje im szansy, by stawali się lepsi, zamienia się w higienę sumienia lub zamiera.

Ciekawe, że w tym okresie zbiórki są największe. Ludzie sami z siebie otwierają portfele. To jakaś tajemnica, która się w żadnych kategoriach marketingowych nie wyjaśnia. Przecież wtedy mamy mnóstwo wydatków. Prezenty, choinkę, dania, a jednocześnie skłonni jesteśmy ofiarować więcej na cel charytatywny. Bo w dobroczynności nie obowiązują zwykłe zasady rynkowe. Jak w biblijnej przypowieści o pięciu chlebach i dwóch rybach, którymi Chrystus kazał nakarmić tłum nad brzegiem jeziora Genezaret. Najadło się do syta pięć tysięcy ludzi, a jeszcze zostało dwanaście koszy resztek.

Kiedy, przygotowując kampanię, analizowali księgi rachunkowe hospicjum, też się okazało, że najwięcej pieniędzy wpływało na konto zawsze w grudniu. Na kampanię wybrali więc czas Świętego Mikołaja.

Storyboardzista rysuje bez zgody szefa

Spot o hospicjum trwa pół minuty, tyle co zwykły spot reklamowy. Dzieci z bloków bawią się w kolędników - pomysł Dariusza Karłowicza i Wojtka Wieteski. Kolędnicy chodzą po osiedlu, śpiewają kolędy, dostają cukierki. W tle jakiś chłopiec opowiada, że w zeszłym roku też chodził z kolegami po kolędzie, było fajnie, ale potem był w szpitalu. Jest już w domu, ale mamusia ciągle ma załzawione oczy, tata też. Potem zza kadru poważny głos Marka Kondrata: "Warszawskie Hospicjum dla Dzieci zajmuje się opieką nad dziećmi nieuleczalnie chorymi". Spot pokazywała telewizja, można go jeszcze zobaczyć przed seansem w niektórych warszawskich kinach.

Wojtek Wieteska był operatorem i reżyserem spotu. Studiował historię sztuki na paryskiej Sorbonie i Uniwersytecie Warszawskim. Skończył wydział operatorski łódzkiej "Filmówki". Fotografuje od 20 lat, od 1993 r. robi zdjęcia i filmy reklamowe. Zrobił już 50 spotów. Przed dwoma laty w warszawskiej Starej Galerii ZPAF pokazał czarno-białe zdjęcia ze swojej podróży po amerykańskiej prowincji.

Nad spotem dla hospicjum pracował tydzień. Sam szukał plenerów. Wybrał bloki na Ursynowie.

Dlaczego wziął udział w kampaniach Mikołajów? - Wie pan, obiektyw można przyłożyć do różnych rzeczy, a te wydają mi się szczególnie ważne. Przy tym kampania socjalna daje fotografowi większą wolność niż typowa fotografia reklamowa dla banku czy kompanii piwowarskiej.

Muzykę do spotu napisał i zagrał na skrzypcach trzynastoletni Iwo, syn Igora Czerniawskiego, byłego lidera Aya RL. Kostiumy zrobił profesjonalista, który właśnie wrócił z planu "Pana Tadeusza". Do tego charakteryzatorka, oświetleniowiec, wszystko zawodowcy. Kamera, taśmy, specjalny samochód, w którym zmienia się taśmy światłoczułe.

Joanna Paciorek zajmowała się organizacją. Pomógł dom produkcyjny ASJ Graffiti Film. W filmie zagrały dzieci znajomych. Synowie konsultanta finansowego, dziecko producenta filmowego. Córeczka grafika. Synek kierownika produkcji. Dziewczynka z billboardów to Klementyna, córka graficzki i architekta. W czasie pierwszej kampanii miała cztery lata. Mamie w domu opowiadała, że jest fajnie, ale jak pan reżyser kazał śpiewać, to jej się nie chciało. - Myśleliśmy, że po tej kampanii rodzice już nie dadzą nam Klementynki na billboardy. Sąsiedzi zaczepiali ich na ulicach, współczuli, "taka tragedia". Myśleli, że dziecko jest chore. Ale Klementyna co roku wraca na plakaty. Kiedy przedszkole nagrało kasetę z piosenkami, to na okładkę przedszkolaki też wybrały Klementynę.

- Czasem się wydaje, że film półminutowy, plakat to chwila roboty, a to nieprawda - mówi Joanna. Jeszcze jako młoda dziewczyna pracowała z Janiną Ochojską w EquiLibre, z którego wyrosła Polska Akcja Humanitarna. Tam się nauczyła, że nie ma rzeczy niemożliwych, jest tylko kwestia ilości telefonów, faksów i kilometrów w samochodzie. Organizowała pierwszy konwój do Sarajewa w 1993 r., ten potem ostrzelany. - Żeby kampania się udała, musiałam znaleźć ze sto firm i jeszcze więcej chętnych osób. Na przykład firmę badania rynku, która zrobi badania przed i po kampanii. Bo tak zawsze się robi. Demoskop zgodził się umieścić pięć pytań w swojej ankiecie za darmo. Zwykle wstawienie pytania kosztuje kilkadziesiąt dolarów.

Dwa lata temu nie mogli znaleźć storyboardzisty (wszystkie sceny przyszłego filmu rysuje w małych kadrach, tak dokładnie, żeby klient mógł sobie film wyobrazić). - Zjawił się pan z dużej firmy reklamowej, prosił, żeby nie mówić z jakiej, bo robił to bez zgody szefa. Opowiedzieliśmy mu scenariusz, scena po scenie, i po dwóch godzinach ten pan przyniósł jedenaście pięknych rysuneczków. Każdy kosztował wtedy 100 zł, ale on nie wziął ani grosza.

Grafpol, firma, która naświetla klisze, nic nie wzięła. A to było warte na pewno z 10 tys. złotych. - Był kłopot z drukarnią billboardów. W Polsce są tylko trzy takie drukarnie. Niechętnie ze mną rozmawiali. Druk billboardu to koszt nawet 40 tys. zł, tyle hospicjum miało wtedy na koncie. Zadzwoniłam do babki z dużej firmy reklamowej i ona przekonała drukarnię, bo jej firma zamawia dużo billboardów. 5 grudnia plakaty były na ulicach. Firma, która je rozwieszała, też nic nie wzięła, tak samo właściciele tablic, którzy znaleźli dla nas miejsce, chociaż grudzień to trudny miesiąc, bo wtedy wszyscy chcą się reklamować.

W pierwszej kampanii było 200 billboardów hospicjum. To widoczna, mocna kampania. Kosztowałaby na pewno z milion złotych - szacuje Joanna Paciorek. - A może półtora, licząc wszystkie czasy emisyjne w mediach.

Z czubka skoczni, przez komórkę

Na pierwszych billboardach hospicjum było hasło "To nieprawda, że nie ma już nic do zrobienia". Potem wybrali dwuwiersz księdza Twardowskiego "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą"... Po zgodę księdza Joanna pojechała do kościoła Wizytek. - Wpadam w moim garniturku pani od reklamy, biała bluzka, teczka. A tam stare mury, wszystko powoli, inny świat. Kilka osób przede mną, w sprawie chrzcin, komunii. A ja zaraz mam jechać na drugi koniec Warszawy. I jeszcze dzwoni komórka, szepczę do słuchawki o spotach, plakatach, a te mury wszystko niosą. Ksiądz Twardowski popatrzył na projekty plakatu, pokiwał głową, "no dobrze, dziecko, to przyjdź jeszcze, porozmawiamy sobie". I tak pięć razy się spotykaliśmy, zanim ksiądz Jan powiedział "ach tak, dobrze, dziecko".

W ubiegłym roku Agencja Świętych Mikołajów zrobiła cztery kampanie charytatywne. Między innymi dla Tęczy - stowarzyszenia rodzin dzieci niewidomych, dla Polskiej Akcji Humanitarnej na Litwie i kolejną dla warszawskiego hospicjum. - Wracaliśmy z Darkiem z hospicjum, odsłuchując w samochodzie jeszcze ciepłą płytę z muzyką do filmu z Litwy, gdy zadzwonił lektor. Nie może jutro nagrywać, bardzo mu przykro - opowiada Joanna Paciorek. - Piątek wieczór, studio umówione na sobotę. Zawróciliśmy do kolegi, który pracuje w telewizji i ma cenny notes z prywatnymi telefonami do aktorów. Kilka godzin wydzwaniałam, "proszę pana, taka sytuacja...". Kolega wertował notes, Kolberger, Zapasiewicz... Ale wszyscy na urlopie albo w Międzyzdrojach, na festiwalu. Już noc. A może Andrzej Chyra. To było krótko po premierze "Długu". Znowu zdobywanie komórki, Chyra chętnie, ale jest na planie filmu. Jakoś się w końcu urwał i nagrał: "Polska Akcja Humanitarna pomaga jedenastu szkołom na Litwie...". Znakomity głos.

Raz wszystko wcześniej poukładałam, poumawiałam i wyskoczyliśmy z mężem na narty do Krynicy. Ktoś jednak nawalił i się posypało. Musiałam umówić na inny dzień Klementynkę, studio, operatora. Wszystko przez komórkę. Wchodziłam na czubek skoczni dla snowboardzistów, bo tylko tam był zasięg. Wiatr huczał w słuchawce.

Nawet w "Klanie" i "Złotopolskich"

Po każdej kampanii robią dokładne podsumowanie. Analizują wpłaty, kiedy rosły, po ile wpłacano, liczą średnie miesięczne. Pierwsza kampania przyniosła hospicjum 900 tys., druga półtora miliona, trzecia około 800 tys. Jakaś kobieta przyjechała do hospicjum i wypisała czek na 400 tysięcy złotych. Dariusz Karłowicz jest dumny, że tyle technik reklamowych dało się zastosować. Drukowane blankiety wpłat czekały na pocztach. A 650 tys. ulotek z blankietami wysłali do warszawiaków. I jeszcze mało znana na polskim rynku metoda "product placement" - to jak agent 007 jeździ zawsze BMW, inny bohater filmowy pali papierosy tylko jednej marki. A firmy za to płacą. W ten sam sposób Agencja Świętych Mikołajów poprosiła producentów "Złotopolskich" i "Klanu", żeby przypomnieli widzom o hospicjum dla dzieci. Zgodzili się, w jednym serialu wisiał plakat kampanii, w drugim wątek hospicjum wpleciono w fabułę.

Na koniec kampanii są zawsze podziękowania dla wszystkich Mikołajów, których po każdej akcji przybywa. Przy pierwszej było ich osiemdziesięciu. Teraz, przy dziewiątej, gdyby zrobić Bal Mikołajowy, trzeba by zaprosić trzystu Mikołajów. Niektórym należałoby przypomnieć, że należą do Agencji Mikołajów, bo wpadli na chwilę, inni pomagali dłużej.

Mikołaj storyboardzista, Mikołaje: Kondrat i Chyra, Mikołaje ze Studia Zet, którzy udźwiękowiają spoty i nagrywają reklamy radiowe.

Mikołaj Dariusz Śliwa, grafik, który w swej pracowni w bunkrze przeciwbombowym przygotowuje Mikołajowe ogłoszenia do gazet. Dziwił się na początku, że ludzie z tak "rozpędzonej firmy reklamowej jak Data Studio biorą się za coś, co nie daje pieniędzy. To się rzadko zdarza".

I Mikołaj woźny ze szkoły na Ursynowie, do którego zmarznięte dzieciaki biegały na herbatkę w czasie kręcenia spotu. A jeszcze pan Zbyszek z drukarni Drukoba, też Mikołaj, bo drukuje za darmo tysiące ulotek. Na balu nie mogłoby zabraknąć Mikołajów z Insty Print i z ASJ Graffiti Film, i z Initiative Media, którzy pomagali w kampanii litewskiej.

Do każdej kampanii Agencja Mikołajów prosi inne firmy, inną przygotowalnię i inny dom mediowy, który odpowiada za kontakty z mediami. - Bo jak byśmy brali te same, to nie daliby rady, oni przecież muszą zarabiać. A taka kampania niesamowicie angażuje - mówi Mikołaj Joanna Paciorek. - Przy Litwie codziennie wysyłałam kilka ogłoszeń do naświetlania. Wchodziły bez kolejki, z godziny na godzinę.

Asia, Wojtek i Darek. To podejrzane

Nazwa Agencja Świętych Mikołajów pojawiła się niedawno, przy okazji kampanii PAH-u dla polskich szkół na Litwie. Pojechali na Wileńszczyznę, bo Wojtek Wieteska powiedział, że w Warszawie, przy biurku, nie stworzy się chłopca z Litwy. Fotografowali i filmowali dzieci w Tietiańcach, Butrymańcach, na łódce, z białym koniem w tle. Darek Karłowicz wymyślił, żeby dzieci ubrały się jak najładniej, jak na niedzielę. Żeby nikt nie zarzucił polskim Mikołajom, że epatują polsko-litewską biedą. Każde fotografowane dziecko recytowało "Litwo, Ojczyzno moja...". Te, które stały poza kadrem, nudziły się, więc Darek wymyślał im różne zabawy, a jak opadł z sił, przypomniał sobie rymowankę: "Cisza na morzu, cisza w kościele, kto się odezwie, ten cielę".

Joanna Paciorek: - W PAH-u potraktowali nas na początku bez entuzjazmu. Janki Ochojskiej akurat nie było. Potem się dowiedzieliśmy, że wiele firm reklamowych proponuje im kampanie, a kilka dużych agencji obsługuje PAH za darmo. Oglądali nasze wizytówki, pytali, kim jesteśmy. Wypytywali, czy nie próbujemy zrobić sobie autoreklamy. Bo kampania społeczna rzeczywiście świetnie poprawia wizerunek agencji reklamowej. To ładny rys, doceniany przez klientów. Ale myśmy od początku wszędzie podkreślali, że nie jesteśmy żadną agencją, tylko grupą przyjaciół: Asia, Wojtek i Darek. To też było podejrzane. - A kto wam da media? Jesteście za mali na taką kampanię - mówili. Okazało się, że po trzech kampaniach musimy się jakoś nazwać. Do tej pory to nie było potrzebne. Nie ma pieniędzy, nie ma rachunkowości, papierów. Robimy wszystko za darmo. A jak czasem telewizja chciała spisać umowę darowizny, żeby odliczać sobie od podatku, zresztą - o dziwo - niewiele firm o to prosiło, to podpisywała bezpośrednio z hospicjum czy ze Stowarzyszeniem "Tęcza". My jesteśmy tylko pośrednikami, którzy skontaktowali obie instytucje. A formalnie nas nie ma. I na kolejne pytanie: "Kim wy właściwie jesteście?", Darek, trochę chyba zirytowany, powiedział żartem: Klubem Świętych Mikołajów. I jakoś od razu staliśmy się bardziej wiarygodni, potem zmieniliśmy "klub" na "agencję", brzmiało jeszcze lepiej. Chociaż formalnie to nie jest ani agencja, ani żadna firma, nawet nie fundacja czy stowarzyszenie.

Niech tylko dzieci wyrosną z pieluch

- Tylu ludzi pracowało za darmo? - dziwię się.

- To proste - uśmiecha się Karłowicz. - Codziennie kilka, a może kilkaset tysięcy osób budzi się w Polsce z potrzebą zrobienia czegoś dobrego, ale nie mają okazji. Bo jest niewiele instytucji, do których można pójść i zrobić coś dobrego. PRL zostawił kompletną pustynię.

Joanna Paciorek lubi ulice z billboardami Agencji Świętych Mikołajów. - Już nie pamiętam tych stu folderów, które zrobiłam dla Korony. A to, co robimy jako Mikołaje, mnie cieszy. Opowiadam znajomym. Mam poczucie, że coś zrobiłam. Życie jest strasznie krótkie, prawda.

A gdyby ktoś zadzwonił: Halo! Agencja Świętych Mikołajów?

- Przecież nie mamy telefonu - śmieje się Joanna. - Pewnie ludzie by dzwonili, ale stu kampanii nie zrobimy. Co roku szkolimy pracowników hospicjów z kraju. Pokazujemy, jak działa marketing. Opowiadamy o naszych kampaniach społecznych. Sami już robią kampanie u siebie, ostatnio była w Lublinie.

Mikołaje mają nowe pomysły, niech tylko dzieci wyrosną z pieluch. Na przykład "pośrednictwo dobroci". Chcesz pomóc biednemu dziecku, ufundować mu stypendium, płacić za autobus do szkoły, to zgłoś się do Mikołajów. Na początek może być szkolne dożywianie. Darczyńca decyduje się na stałą dyspozycję w banku, Mikołaje przekazują pieniądze szkole. A szkoła co pewien czas śle raporty, które wraz z liścikiem od Halinki z Mazur albo Janka z Bieszczad trafiają do darczyńcy. Dyskrecja i anonimowość dziecka gwarantowana.

- Bo dobroczynność idealna nie jest jednorazowa, tylko długotrwała i skierowana do tej samej osoby - przekonuje Karłowicz. - Żeby pomoc była dziełem, a nie jednorazowym odruchem. To uczy odpowiedzialności. Ofiarodawcę, bo czuje się odpowiedzialny za dziecko, któremu pomaga. I dziecko, które czuje, że ktoś w nie inwestuje, więc nie powinno go zawieść.

Kiedy Karłowicz powiedział do Joanny: "Może byśmy zrobili coś dobrego", pisał właśnie swoją pierwszą książkę filozoficzną "Arcyparadoks śmierci" (w ubiegłym roku wydał ją Znak). - W tych kampaniach dla hospicjum była jeszcze jedna trudność - mówi. - Język reklamy to język obietnicy. Kup krem, będziesz młodszy albo piękniejszy. A tutaj: dasz pieniądze, a te dzieci nie będą żyć, one umrą. Tu nie ma szczęśliwego zakończenia. Tu mówi się o potrzebie, która w języku reklamy jest w ogóle zdumiewająca. To sztuka dobrej śmierci. Przygotowanie do śmierci to przecież główne zadanie hospicjum. Jak o tym opowiedzieć w języku reklamy. Nie chcieliśmy epatować cierpieniem, pokazywać umierającego dziecka. Od razu zdecydowaliśmy, że na billboardach nie będzie dzieci z hospicjum. Że tematem fotografii będzie ryzyko samotności umierającego dziecka, a nie umierające dziecko.

Na ulicach Warszawy Klementyna z wielkich plakatów znowu przypomina o hospicjum, które pomaga godnie odejść chorym dzieciom. Jest o rok starsza, Wieteska sfotografował ją z profilu. Czarna główka na rozświetlonym tle. Rozpoczęła się dziewiąta kampania Agencji Świętych Mikołajów.